+48 77 456 58 16
Pon - Pt: 08:00 - 17:00

Tłumaczenie – sztuka czy rzemiosło? Na marginesie translatorskich dokonań polskich tłumaczy

Sztuka czy rzemiosło? Oto jest pytanie (prawdziwie „z Szekspira”, do którego zresztą zaraz dojdziemy). Można się pokusić o stwierdzenie, że tłumaczenie jest rzemiosłem wtedy, gdy – siłą rzeczy i okoliczności – jest robione machinalnie, tzn. w przypadku tłumaczenia symultanicznego czy „liason”. Trudno wtedy – w szybkim tempie, przy zakłóceniach (kaszel czy kichnięcia na sali) – o to, by tłumacz był poetą. Jest raczej rzemieślnikiem, warsztatowcem, pilnuje tego, by język giętki powiedział to, co… usłyszał (mamy nadzieję, że Norwid nie obrazi się za taką parafrazę). Ważne, aby firma była firmą, kodeks kodeksem, żaglowiec żaglowcem, transakcja transakcją, koszt kosztem itp.

Ktoś powie: zaraz, zaraz, chwileczkę – tłumaczenie zawsze jest sztuką. Owszem, jeśli przez to rozumieć samą umiejętność przekładu. Zazwyczaj jednak pojęcie „sztuka” kojarzy się z głębokimi, pięknymi przeżyciami, czymś doskonałym, znakomitym. Toteż w kontekście tłumaczenia należy przez to rozumieć taką perfekcję, w przypadku której czytający nie tylko rozumie treść i słowa utworu, ale doznaje prawdziwego zachwycenia lekturą, „poznaje się” na pięknie metafor, aluzji, symboliki itp. Każdy z nas ma swój kanon lektur, indywidualny dekalog ulubionych, ukochanych książek, czytanych po kilka razy, czytanych ukradkiem, czytanych z namaszczeniem. Pamiętamy autorów, nazwy wydawnictw, kolory okładek, ale nazwiska tłumaczy, dzięki którym mogliśmy się sycić lekturą?

Za mistrza sztuki tłumaczenia uchodził zmarły niedawno (w drugi dzień świąt minie drugi rok) Stanisław Barańczak (zresztą brat pisarki Małgorzaty Musierowicz), o którym mówi się, że był przedstawicielem tzw. poznańskiej szkoły przekładu. Badania w ośrodku w Poznaniu zapoczątkowali profesorowie Jerzy Ziomek i jego uczeń, Edward Balcerzan. W latach 60. i 70. zajmowali się oni zagadnieniami odwzorowania oryginału oraz dydaktyką przyszłych tłumaczy. Niemal w tym samym czasie wyłoniła się tzw. szkoła warszawska, skupiona wokół prof. Franciszka Gruczy, a zajmująca się tłumaczeniami ustnymi i pisemnymi tekstów nieliterackich, ich psychologicznymi aspektami i wyraźnie odchodząca od pojmowania tłumaczenia jako sztuki niedefiniowalnej. Barańczak był wychowankiem prof. Ziomka, u którego napisał rozprawę doktorską. Specjalizował się w przekładach z literatury angielskiej, zwłaszcza Szekspira, oraz poezji, m.in. autorstwa Emily Dickinson, E. E. Cummingsa czy Seamusa Heaneya. Był prawdziwym tytanem przekładu – a tłumaczył nie tylko z angielskiego, lecz również z rosyjskiego czy litewskiego (!). Szekspirowski Hamlet w wersji Barańczaka cechuje się niezwykłą lekkością treści i komizmem słownym, przez co czyta się go tak, jakby był napisany wczoraj, a nie pięć wieków temu! Fragmentami jest mistrzowsko… rozbrajający:

Duch: brat jad wlał do ucha.

Syn ducha: o, psiajucha!

Stryja w ryj? Drastyczny krok.

Zwłoka. Jej finał: stos zwłok.

Ponadto Barańczak sam pisał książki o tym, jak tłumaczyć. Najbardziej cenioną jest Ocalone w tłumaczeniu (1992). Na przykładzie własnych tłumaczeń, zestawionych dla kontrastu z przekładami tych samych tekstów dokonanych przez innych tłumaczy, Barańczak zaproponował tzw. heurystyczny model tłumaczenia. Jego podstawą jest odrzucenie w interpretacji poezji biograficznych informacji o autorze i tła społeczno-historycznego epoki, w której tworzył. Mogą one bowiem w dużym stopniu zaszkodzić przekładowi i zakłócić tłumaczenie treści. Za swoją działalność na polu translatoryki był wielokrotnie nagradzany, m.in. doktoratami honoris causa: Curry College w Milton, USA (1982), Uniwersytetu Śląskiego (1995) czy Uniwersytetu Jagiellońskiego (2006). We współpracy z Clare Cavanagh przetłumaczył tomik poezji Szymborskiej po tym, jak otrzymała literacką nagrodę Nobla (1996), za co w tym samym roku został nagrodzony PEN/Book Of The Month Club Translation Prize. Pośmiertnie odznaczony Krzyżem Wielkim Orderu Odrodzenia Polski (2015).

Któż z nas nie czytał Kubusia Puchatka, Byczka Fernando, baśni braci Grimm czy Mary Poppins? Sentyment do tych książek zawdzięczamy Irenie Tuwim, młodszej siostrze autora Lokomotywy, Juliana Tuwima. Chwilami ma się wrażenie, że miast przetłumaczyć, napisała te książki na nowo… I słusznie. To ona bowiem zmieniła misiowi imię z żeńskiego Winnie (w oryginale tytuł książki brzmi: Winnie the Pooh) na bardziej znajome: Kubuś. Stanisław Lem twierdził, że jej przekład jest lepszy od oryginału.

Podobnie „zamaszyście” tłumaczył Robert Reuven Stiller (zmarły przed dwoma tygodniami!), dzięki któremu dane nam czytać Lolitę V. Nabokova, Przygody Alicji w Krainie Czarów L. Carrolla, Mechaniczną pomarańczę A. Burgessa (którą zresztą przełożył w dwóch wersjach, także jako Nakręcaną pomarańczę, a planował i… trzecią, Sprężynową pomarańczę).
Znał ponad 30 języków, w tym: angielski, niemiecki, francuski, rosyjski, czeski, górnołużycki, dolnołużycki, ukraiński, białoruski, łacinę, niderlandzki, islandzki, szwedzki, hiszpański, jidysz, hebrajski, grekę, sanskryt, malajski i parę języków polinezyjskich. Odznaczony Krzyżem Kawalerskim Orderu Odrodzenia Polski oraz orderem Polonia Restituta (2003).

Wymienione przykłady dowodzą tego, że – mimo dyskusyjności tematu – możemy mówić raczej o sztuce tłumaczenia. Reszta jest… milczeniem. Albo właśnie rzemiosłem.

Tekst: Beata Śliwińska, redaktor DOM TŁUMACZEŃ SOWA

www.e-sowa.eu

Szybka
wycena
Zapytanie zostało pomyślnie wysłane.